Brema to naprawdę miłe miasto. Pisałam wam już o krokusach i przebiśniegach, prawda? Dodajmy więc do tego kaczki, Boetcherstrasse i Bremer Bombons Manufaktur, dodajmy zające biegające w okół Instytutu Polityki. O Muzykantach z bajki nie muszę chyba wspominać...Wczoraj byłyśmy z Wiolą i Patrycją z Polski i Liz z Francji i zamówiłyśmy gorącą czekoladę.
Monachium, na przykład, ma ciemne strony swojej historii, ma Hitlera i nazizm. A w Bremie wszystko jest takie urocze i słodkie. To jest miłe, ale w pewnym momencie musiałam poczuć mdłości i wtedy uciekłam. Jest oczywistym, że nie mogłam postąpić inaczej, ale w ten sposób chyba... nie, nie chyba, nie próbuj sie usprawiedliwiać - na pewno - kogoś zraniłam. Matko, nie jestem w tym mieście nawet od tygodnia, a już zdąrzyłam kogoś zranić... Czy to się musi znowu zdarzać?
Później ktoś widział go, jak płakał. Siedziałam potem przy komputerze i obok była Lilian (z Brazylii). Pożyczyłam od niej kabel USB i kopiowałam zdjęcia z Bremy do komputera. Miałam wrażenie, że ona także ma w oczach łzy. Nie wiedziałam, czy to przez Santiago, ale bałam się spytać. W końcu dopiero się poznałyśmy.
Ja nie płakałam - własciwie to nawet jeśli ta sytuacja była dla mnie niezręczna - nie miałam do tego powodu.
Dziś rano chodziłam po uliczkach Schnoora (najstarszej dzielnicy miasta) i w maleim sklepiku tam znalazłam pozytywkę, grającą "Bolero" Ravela. Pamiętam, że kiedy byłam mała mój tata uwielbiał ten utwór. Ja wtedy twierdziłam, że jets "paskudny". Nie zapamiętałam z dzieństwa melodii, jedynie kolorą okładkę płyty. Teraz poczułam, że jest piekna. Chyba kupię sobie te pozytywkę.